24

Koszula w kropki

Życie studenta odmierza się nie dniami i miesiącami, a semestrami i kończącymi je sesjami. Moje szycie też jest nimi warunkowane. Tuż przed sesją i w jej trakcie maszyna idzie w kąt, pomysły spisuję na kartce, ale ich nie analizuję, zostawiam to na później. Czasem tylko w ramach relaksu pozwalam sobie na skopiowanie wcześniej upatrzonego wykroju. Tak było i z tą bluzką.

Wpadła mi w oko odkąd zobaczyłam ją w zapowiedzi wydania Burdy, bo już od jakiegoś czasu chodziła za mną koszula z kokardą. Nie pamiętam, kiedy skopiowałam wykrój, ale jestem pewna, że przeleżał co najmniej miesiąc na półce, czekając, aż rozłożę tkaninę i ruszę. Trochę myślałam też o kupnie jakiegoś materiału, ale ostatecznie sięgnęłam do pudła z zapasami i wyciągnęłam wspaniały batyst bawełniano-wiskozowy w kropki. Kupiłam go kiedyś z myślą uszycia sukienki w stylu pin-up, takiej z halką, ale ostatecznie z tego zrezygnowałam. Gdzie ja bym coś takiego nosiła?

Wreszcie po zimowej sesji zabrałam się do krojenia i szycia. Oczami wyobraźni widziałam pierwsze wiosenne promienie słońca, siebie w tej koszuli w kropki i w lekkim trenczu kroczącą przez miasto z uśmiechem na ustach. Wiecie co było potem – zima trwająca do maja. Dlatego dopiero kiedy zobaczyłam optymistyczne prognozy zabrałam się za wykańczanie bluzki i wszywanie guzików. Ale zaraz, gdzie ta wiosna? Przecież to już lato i upały, podczas których długi rękaw w koszuli nie jest praktyczny! Tak więc muszę dobrze sprawdzać prognozy zanim ją ubiorę, ale mimo to ją uwielbiam. Bo jak wiecie koszule, kropki i kokardy to rzeczy, które mnie urzekają, a ich połączenie jest istną petardą.

Teraz trochę technicznych smaczków i pamiętnik z szycia. Koszula to model 110 z Burdy 7/2016. Od początku wiedziałam, że będzie obszerna, że będę ją zwężać, bo oversize to zupełnie nie moja bajka. Dlatego kiedy pospinałam sobie elementy wykroju i przymierzyłam koszulę do głowy przyszedł mi pomysł odcięcia po 4 cm z każdej strony listwy z przodu. Bardzo szybko wprowadziłam go w życie i dopiero potem stwierdziłam, że to było co najmniej głupie, bo teraz ramiona mi się kończą na obojczykach, a biust wcale się nie mieści. Cóż było zrobić – odcięte części przyszyłam z powrotem i ostatecznie zgubiłam jakieś 2-3 cm, a nie 8(!). Potem oczywiście okazało się, że mam dziwnym trafem za krótką stójkę i kroiłam nową. A jak nową, to już zapomniałam, że miała być ze skosu, a nie wzdłuż nitki. Ostatecznie to zignorowałam, przez co stójka układa się nie do końca wspaniale, ale da się ją ładnie ułożyć.

Wspomniałam jeszcze o zwężeniach – koszula dostała dodatkowe zaszewki z przodu i z tyłu, bo czułam się w niej jak w worku. Teraz jest znacznie lepiej. Zmieniłam też kształt dołu, żeby ładnie wyglądał noszony na wierzchu. I jeszcze guziczki na mankietach zamieniłam na zatrzaski. To by było tyle – całkiem sporo zmian i kombinacji, jak na tak prostą koszulę.

Nosi mi się ją bardzo dobrze. Batyst uwielbiałam od zawsze, ale z mieszanym – bałewniano-wiskozowym miałam do czynienia po raz pierwszy i jestem zachwycona. Jest tak lekki, zwiewny i co ciekawe tak słabo się mnie, że już ostrzę sobie zęby na kolejne ubrania z takiej tkaniny. Zagniecenia, które zobaczycie na zdjęciach to efekt spędzenia 5 godzin w pociągu, więc w warunkach ekstremalnych. Koszula w kropki świetnie prezentuje się zarówno ze spódnicą, jak i ze spodniami, muszę się tylko nauczyć ładnie wiązać kokardę 😀

Znacie jakieś inne materiały, które się mało gniotą i są w miarę naturalne? Ostatnio szaleję na punkcie takich.

Sesja w spodniach powstała w przepięknej poznańskiej Palmiarni, którą odwiedziłam przy okazji wyjazdu na Blog Conference Poznań. A po co tam pojechałam i czego się nauczyłam, to opowieść na zupełnie inny wpis 🙂

 

 


Facebook By Weblizar Powered By Weblizar
Puzzlowa spódnica nr 2
Podsumowanie wyzwania Maj w spódnicy