Żołędzie
21

Co ja z Tobą mam?!

Dzisiaj głos oddaję komuś specjalnemu, kto opowie, jak wygląda życie z Uszytą z punktu widzenia osoby nieszyjącej. Chodzi tu oczywiście o mojego chłopaka, który jest również moim fotografem. Ciekawe, czy Wasi partnerzy też mają podobne odczucia? 🙂

(Na samym końcu tradycyjne polecam wpisy z tego miesiąca, więc warto przeczytać całość ;))


Zakaz narzekania
Gdy zostałem poproszony, by napisać gościnny wpis na temat “Życie z osobą szyjącą” pomyślałem – trudno będzie coś napisać, bo przecież tak naprawdę to żaden wyczyn, nic nadzwyczajnego żyć z Osobą, która szyje. Czy można napisać na ten temat coś odkrywczego, coś ciekawego? Początkowo założyłem, że taki temat musi zawierać przynajmniej odrobinę narzekania, jak to ciężko, jak trudno, jakie utrapienie i skaranie boskie z tą Uszytą. Potem zacząłem się nad tym zastanawiać – skąd ten pomysł, że ma być narzekanie? Może stąd, że łatwiej się buduje opowieść na narzekaniu, w końcu to nasz sport narodowy ale nie; może jednak uda się bez narzekania. Skoro nie jest mi ciężko, skoro nie denerwuje mnie Jej hobby, a kategorie, w jakich o tym myślę, są pozytywne, to mogę spróbować właśnie to opisać.

Fascynacja
Śmiało mogę powiedzieć, że fascynuje mnie umiejętność szycia. To przecież akt tworzenia. Czasami takie copy-paste z wykroju (tak, wiem, doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo teraz uprościłem ten akt tworzenia), innym razem przeróbka jakiejś rzeczy z ciucholandu (ja czasem mówię – z “grzebciucha”), czy łączenie – dajmy na to – podkoszulków i tworzenie z nich zupełnie czegoś nowego, na przykład sukienki. Za każdym razem, gdy widzę “przed” i “po” jest wielkie WOW, oczy szeroko otwarte i uśmiech wyrażający uznanie dla umiejętności Uszytej ale i innych dziewczyn, które się tutaj wypowiadają w komentarzach, czy lajkują na FB. Na tym ostatnim zresztą mam już reklamy kontekstowe dopasowane do moich zainteresowań 😉 a właściwie do rozmów o szyciu z Uszytą na Messengerze. I tak mogę odwiedzić rekomendowany przez FB sklep z materiałami, jak również liczne modowe blogi 😉

Podziw
Wiem, że nie wszystko przychodzi łatwo, czasami więcej jest prucia niż szycia, widzę te momenty zwątpienia, czasami obrażenie się na maszynę do szycia (zazwyczaj to maszyna zaczyna i w ogóle nie chce ładnie szyć! też bym się obraził na nią). Widzę też, jak te fochy dziewczynom mijają i jak za kilka dni, trochę jak pies do jeża, zbliżają się do siebie i próbują ponownie zrobić, to, co wcześniej nie wyszło. I wiecie, co jest najfajniejsze? Najfajniejsze jest to, że zawsze, za drugim, trzecim, czwartym, piątym, dziesiątym… że w końcu… za którymś razem się udaje temu duetowi stworzyć kolejną kreację! Podziwiam, że Jej się tak chce. Podziwiam, że nawet jak się nie chce, to i tak wraca i kończy, to co zaczęła.

Doping
Tak, jestem wiernym fanem Jej i tego, co robi. Staram się dopingować, że warto, że nie można się poddawać, że efekt będzie warty włożonego wysiłku. Namawiam do podnoszenia poprzeczki upatrując w tym szansy, że kiedyś usłyszę “choć, chcę cię zmierzyć”, a ja będę udawał zakłopotanie, będę mówił “no nie wiem… czy ja wiem? i potem jeszcze pewnie zdjęcia na bloga będziesz ze mną chciała?”. Tak się będę droczył i wykręcał, choć tak naprawdę, to tylko czekam na to. Tak – marzy mi się na przykład koszula uszyta by Uszyta specjalnie dla mnie. Którą nosił będę z dumą i obowiązkowo z metką na wierzchu i wszystkim będę mógł tę metkę pokazywać i mówić “Moja mi ją uszyła”. A jak już kiedyś uda się koszula, to poprzeczka do góry. Przecież nie można tak bez spodni chodzić…

Dziegieć
I gdy tak pisałem o tym podziwie, fascynacji, wsparciu i dopingu, to jednak przyszło mi na myśl coś do ponarzekania (ufff! nie będzie tak cukierkowo, bo inaczej pewnie Redaktor Naczelna, by mi tego tekstu nie puściła ;). Od czasu do czasu, moim chłodnym umysłem ścisłym przykrywam entuzjazm zakupowy Uszytej. I nie chodzi mi tutaj o nowe materiały, koronki, taśmy, guziki, czy gumki, których w domu podobno jest zatrzęsienie ale są przede mną dobrze ukryte. Nie, takie zakupy są ok. To, co poddaję pod rozwagę, to pytanie jak u Hamleta – “kupować overlocka, czy nie kupować?”. A jak kupować, to jakiego? Czy wystarczy taki tańszy z dyskontu (ale w miarę dobry), czy lepiej dołożyć i kupić naprawdę porządny? A jeśli nie kupować, to jak potem żyć z tą świadomością, że był w dyskoncie, a jednak nie został kupiony? I to jest bardzo dobre pytanie na koniec, na które my – jeszcze – nie znaleźliśmy odpowiedzi.

Pozdrowienia dla wszystkich Was – szyjących! Jestem pełen podziwu, że umiecie/uczycie się, a przede wszystkim, że Wam się chce!

-Krzysztof

PS od Uszytej: Overlocka z Lidla w końcu nie kupiłam. Ale za to mam obiecanego Merrylocka za obronienie pracy inżynierskiej. Trzymajcie kciuki! 🙂

 

Polecane wpisy

 


Facebook By Weblizar Powered By Weblizar
Czapka i komin
Koszula zapięta po kokardę